If you’re bled, I bleed the same

Sen o psie

Śni mi się, że idę wzdłuż bazarowych budek, pustych, zamkniętych. Pada deszcz. Mam z torbie mięso, surowe i już nieświeże. Brzydko pachnie. Rozglądam się za jakimś koszem na śmieci, nie znajdując żadnego, odgryzam kawałek i trzymam w ustach, a resztę wyrzucam dla psa który nadbiega. Zepsute, śmierdzące surowe mięso. Pies wącha je i gryzie mnie w nogę, a ja nie mogę nawet krzyknąć bo usta mam pełne mięsa.

Obudziłam się i miałam wrażenie że mam w ustach jakiś niesmak…

Późnym wieczorem rozmawiam przez telefon z bliską koleżanką. W pewnym momencie wylewam swój żal, tak mocno chowany i trzymany głęboko, jak jakiś skarb. Skarb, który zabija we mnie to, co najistotniejsze. Empatię, pozytywne uczucia, troskę dla innych ale przede wszystkim dla siebie.

I nagle uświadamiam sobie… Ona – jak ten pies ze snu, będąc świadkiem mojego stanu, żalu wylewanego wprost do telefonu, smoły zalegającej w mojej głowie, wącha ten smród zalegających we mnie myśli, i gryzie mnie, bo częstuje ją swoim zepsutym „ja”, emocjonalnie wypłukanym, śmierdzącym depresją „ja”. A ona mnie gryzie, bo chce żebym wypluła ten kawałek, który zostawiam dla siebie w ustach.

Powiedz do końca.

Wszystko.

Do ostatniej martwej tkanki Twojego serca.

Powiedz wszystko.

Zacznij mówić. Bo zgnijesz w szambie własnego wstydu.

 

Nie potrafię. Ale mówię.

Żałosny flirt

Daję się zwodzić. Sama sobie. Heh…jakie to paradoksalne, że umiem wciąż jeszcze nabrać samą siebie. Głaszczę sie po obolałej głowie i uciszam kołysankami złożonymi z bezsensownych mantr: Jutro będzie nowy lepszy dzień, tylko pamiętaj o pigułce; jutro zaczniesz od nowa, nowa karta, przemyślany start, tylko pamiętaj o pigułce; nie musisz niczego, możesz wszystko, tylko weź tą cholerną pigułke… Czasami zapominam, albo ludzie się, że już nie muszę… kilka dni potem zalewa mnie od środka smoła, którą łopatą wielkości łyżeczki od herbaty wydłubuję już drugi tydzień.

Rozpieprzam się na drobne kawałki. Smoła tego nie skleja, oblepia, owszem, pozornie wszystko trzyma się kupy, ale złożone nie jest, nie tworzy całości.

Gdzie ja się tak pogubiłam, że teraz nie umiem do siebie wrócić, nie umiem siebie odnaleźć. Nikt mnie nie chce poskładać. Nikt w ogóle mnie nie chce. Ani na teraz, ani na potem.

Znajomy zapytał mnie, niechcący twierdząc, że wiem, czym jest samotność totalna… Wiem? Czy ja to wiem? Wiem. I czuję. TO chyba ta smoła.

Pora na pigułkę.

Wspomnienie pierwszej miłości

To był listopadowy, deszczowy wieczór. Zapytał mnie czy może mnie pocałować. Paliłam się ze wstydu w środku, bo pomimo moich 17 lat, nikt wcześniej mnie nie całował. Nikt nawet nie chciał. Nawet w policzek. Było późne popołudnie, może wieczór, dzięki temu nie było widać jak płonę. Odpowiedziałam mu nie, że nie może. I może trochę szkoda, że było ciemno, nie widziała jak moje ciało krzyczy tak!, tak, pocałuj mnie, nie pytaj, weź w ramiona i całuj i kochaj mnie… Kochałam się w nim przez wiele lat, wiele długich platonicznych lat. Moja miłość była co raz większa, bardziej wyraźna, ale powiedziałam mu przecież nie, dlaczego on miałby wiedzieć, że czułam inaczej, że zmieniłam zdanie, że tak na prawdę to nigdy innego zdania nie miałam, zawsze go kochałam.

To był M. Wysoki, dobrze zbudowany, zabawny i inteligentny, przez wiele lat nosił długie włosy, skórę i glany. Szaleliśmy razem na co piątkowych imprezach w H.. Zawsze uprzejmy, dżentelmen, starej daty, mężczyzna jakich dziś się już nie spotyka, bo jaki facet pyta czy może Cię pocałować? Czasami sobie gdybam, co by było gdybym powiedziała wtedy tak, jakby potoczyło sie moje życie gdybym była wtedy z nim. Może nie spotkałabym żadnego innego faceta w swoim życiu, żaden by mnie nie uderzył, nie zdradził, nie porzucił bez konkretnego powodu. Może własnie wtedy, w tej krótkiej chwili ważyły się moje losy? Moje losy jako kobiety kochanej i szczęśliwej. Może sama wszystko zniszczyłam? Bo zakładając, że nie bylibyśmy razem długo, może inaczej czułabym, inaczej kochała, inaczej wybierała mężczyzn…

Coś jest w młodzieńczych wyborach, że rzucając cień na całe dalsze życie, na miłości i miłostki. Po M. zakochałam się jeszcze tylko dwa razy: w M. i P.

M. spotykał sie ze mną mając prawie narzeczoną, a P. zostawił bez słowa wytłumaczenia po wizjach wspólnego życia, budowania domu, posiadania dzieci.

Nigdy więcej się już nie zakochałam. I nie zmienię tego.

Lose your soul

Zły człowiek

Jestem złą osobą. Złym człowiekiem… Niedobra siostrą i jeszcze gorszą córką. Nic z tym nie robię, poza wypieraniem tego z głowy… Myślę, że to największy błąd jaki zrobiłam – niczemu i nikomu nie stawiłam czoła, a teraz wypycham to wszelkimi możliwymi drogami z głowy, a to dalej siedzi, jak chwast odrasta, nie da się wyplenić. I dziś zamiast pić wino z matką i plotkować o starych czasach, wymijająco odpisuję jej na pytania kiedy przyjadę… A potrafię nie odzywać się i ze trzy miesiące… i mieć to gdzieś. Czasami jakieś sumienie mi się odezwie, ale skutecznie je neutralizuję myśląc o czymś zazwyczaj zupełnie innym.

Smoła zalewa mnie od środka. Znów kiepsko śpię. Dużo myślę, analizuję, jem, puchnę od tego wszystkiego. Od nadmiaru złych myśli. Od tego, że jestem złym człowiekiem który skupia się zawsze na innych, nigdy na sobie. I to od zawsze. Co się dziwić, że jestem sama, nie mam przyjaciół, rodziny, znajomych, kolegów i koleżanek, bo ja zawsze skupiam się na kimś. Nie na sobie. Nic o sobie nie wiem, nie pracuję nad sobą, nie ulepszam się, a jeśli już to pod przymusem, powierzchownie, byle jak. Nikogo dobrego sobą nie przedstawiam. A w kontaktach z innymi aż zalewam je sobą i swoimi „dobrami” myślę, że każdy potrzebuje akurat tego co  ja i tego co mu chcę dać. Nikt nie chce. Od lat.

Jestem złym nikim. Bez sumienia. Z głupimi zainteresowaniami, z zerową perspektywą na przyszłość, z samotnością rozwleczoną na każdą dziedzinę mojego pustego życia. Potykam się o kamienie, które codziennie sama sobie rzucam, a potem psioczę na los, że takie okrutny, że jak on tak może, ja taka sama i biedna…

Skupiam się na ludziach w pracy, na złośliwych koleżankach plotkujących non stop i tych które nic w pracy nie robią obijając się do granic możliwości… A skupiając się tylko na tym staję się taka jak one. Nie patrzę na swoją pracę, nie podnoszę jej poziomu, wartości siebie jako pracownika, bo wciąż utyskuję na swój ciężki los pracy z idiotami. Sama jestem idiotką. Niewyobrażalną. I tylko zatruwam innym życie wciąż na to narzekając.

Niczego nie doceniam. Ani siebie, ani tego co mam. A co mam? mam tego dużo – niewiele widzę. W takich chwilach jak ta dziś, dostrzegam to. Jakby ktoś założył mi właściwe okulary na nos i wtedy widzę. Widzę to wyraźnie… Mam: zdrowie, mieszkanie, pracę, którą lubię, hobby, a nawet dwa, książki, wspomnienia z podróży, marzenia, ładne oczy, wygodny fotel, empatię, kwiatki na parapecie, dobre wspomnienia z dzieciństwa, pyszną herbatę… listy nie kończę.

Chcę być wdzięczna. Nauczyć się być wdzięczną. Więcej słuchać, mniej dawać, więcej myśleć o sobie, nie skupiać się tylko na innych, nie zalewać ich swoją osobą, trochę nawet zamknąć się w środku. Być tylko dla siebie. Byś sobą. Przestać być złą. Jeszcze trochę czasu mam żeby to wszystko odkręcić.

stabilnie. bez zmian.

Czuję się jakbym była pusta w środku, jakbym nie miałam niczego, a to co udaje narządy jest jakby plastikowe, jednorazowe, jakby miało się zaraz skończyć. Wróciłam do magicznych proszków, bo sen przestał być czymś naturalnym, a wciąż jednak pożądanym.

Smutek jakby mniejszy. Ale lęki wciąż te same. Tylko bardziej na smyczy. W kagańcu. Nie odzywają się niepytane. Pytane też milczą. Ja też milczę. Ostatnio trochę bardziej niż zwykle czuję się samotna.

Sny mnie zadziwiają swoja realnością. Czuję czyjś dotyk, wyraźnie i tak namacalnie… czuję jak czyjeś palce głaszczą moje plecy, kark, włosy. Moja pamięć jeszcze wie, co to dotyk. I chyba tylko ona.

Umarła w czasie przyszłym

Ludzie organizują dla swoich umierających psów ostanie spacery niosąc je na rękach i zapraszając ludzi, którzy tłumnie przychodząc i popierając inicjatywę przyprowadzają swoich pupili…

A ja nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś mnie trzymał za rękę.

Zapytał jak minął mi dzień.

Życzył dobrej nocy.

Uśmiechnął się życzliwie.

Uratuj

mnie