Lose your soul

Zły człowiek

Jestem złą osobą. Złym człowiekiem… Niedobra siostrą i jeszcze gorszą córką. Nic z tym nie robię, poza wypieraniem tego z głowy… Myślę, że to największy błąd jaki zrobiłam – niczemu i nikomu nie stawiłam czoła, a teraz wypycham to wszelkimi możliwymi drogami z głowy, a to dalej siedzi, jak chwast odrasta, nie da się wyplenić. I dziś zamiast pić wino z matką i plotkować o starych czasach, wymijająco odpisuję jej na pytania kiedy przyjadę… A potrafię nie odzywać się i ze trzy miesiące… i mieć to gdzieś. Czasami jakieś sumienie mi się odezwie, ale skutecznie je neutralizuję myśląc o czymś zazwyczaj zupełnie innym.

Smoła zalewa mnie od środka. Znów kiepsko śpię. Dużo myślę, analizuję, jem, puchnę od tego wszystkiego. Od nadmiaru złych myśli. Od tego, że jestem złym człowiekiem który skupia się zawsze na innych, nigdy na sobie. I to od zawsze. Co się dziwić, że jestem sama, nie mam przyjaciół, rodziny, znajomych, kolegów i koleżanek, bo ja zawsze skupiam się na kimś. Nie na sobie. Nic o sobie nie wiem, nie pracuję nad sobą, nie ulepszam się, a jeśli już to pod przymusem, powierzchownie, byle jak. Nikogo dobrego sobą nie przedstawiam. A w kontaktach z innymi aż zalewam je sobą i swoimi „dobrami” myślę, że każdy potrzebuje akurat tego co  ja i tego co mu chcę dać. Nikt nie chce. Od lat.

Jestem złym nikim. Bez sumienia. Z głupimi zainteresowaniami, z zerową perspektywą na przyszłość, z samotnością rozwleczoną na każdą dziedzinę mojego pustego życia. Potykam się o kamienie, które codziennie sama sobie rzucam, a potem psioczę na los, że takie okrutny, że jak on tak może, ja taka sama i biedna…

Skupiam się na ludziach w pracy, na złośliwych koleżankach plotkujących non stop i tych które nic w pracy nie robią obijając się do granic możliwości… A skupiając się tylko na tym staję się taka jak one. Nie patrzę na swoją pracę, nie podnoszę jej poziomu, wartości siebie jako pracownika, bo wciąż utyskuję na swój ciężki los pracy z idiotami. Sama jestem idiotką. Niewyobrażalną. I tylko zatruwam innym życie wciąż na to narzekając.

Niczego nie doceniam. Ani siebie, ani tego co mam. A co mam? mam tego dużo – niewiele widzę. W takich chwilach jak ta dziś, dostrzegam to. Jakby ktoś założył mi właściwe okulary na nos i wtedy widzę. Widzę to wyraźnie… Mam: zdrowie, mieszkanie, pracę, którą lubię, hobby, a nawet dwa, książki, wspomnienia z podróży, marzenia, ładne oczy, wygodny fotel, empatię, kwiatki na parapecie, dobre wspomnienia z dzieciństwa, pyszną herbatę… listy nie kończę.

Chcę być wdzięczna. Nauczyć się być wdzięczną. Więcej słuchać, mniej dawać, więcej myśleć o sobie, nie skupiać się tylko na innych, nie zalewać ich swoją osobą, trochę nawet zamknąć się w środku. Być tylko dla siebie. Byś sobą. Przestać być złą. Jeszcze trochę czasu mam żeby to wszystko odkręcić.

stabilnie. bez zmian.

Czuję się jakbym była pusta w środku, jakbym nie miałam niczego, a to co udaje narządy jest jakby plastikowe, jednorazowe, jakby miało się zaraz skończyć. Wróciłam do magicznych proszków, bo sen przestał być czymś naturalnym, a wciąż jednak pożądanym.

Smutek jakby mniejszy. Ale lęki wciąż te same. Tylko bardziej na smyczy. W kagańcu. Nie odzywają się niepytane. Pytane też milczą. Ja też milczę. Ostatnio trochę bardziej niż zwykle czuję się samotna.

Sny mnie zadziwiają swoja realnością. Czuję czyjś dotyk, wyraźnie i tak namacalnie… czuję jak czyjeś palce głaszczą moje plecy, kark, włosy. Moja pamięć jeszcze wie, co to dotyk. I chyba tylko ona.

Umarła w czasie przyszłym

Ludzie organizują dla swoich umierających psów ostanie spacery niosąc je na rękach i zapraszając ludzi, którzy tłumnie przychodząc i popierając inicjatywę przyprowadzają swoich pupili…

A ja nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś mnie trzymał za rękę.

Zapytał jak minął mi dzień.

Życzył dobrej nocy.

Uśmiechnął się życzliwie.

Uratuj

mnie

Wystarczy chcieć. Odwagi.

Patrzę ze spokojem na moje cztery ściany, moje własne cztery ściany… Moje namacalne marzenie, spełnione. Po tylu latach, po wyrzeczeniach, nieprzespanych nocach, po tylu snach na jawie, że oto mam swoje własne m… Oto i one. A w nim ja. To nawet nie szczęście, to coś tak przyjemnie pozytywnego, rozlewa się po moim umyśle, ta świadomość, że mam swoje miejsce na ziemi, swój kąt, swoje zacisze…

Myśl, że to moje, wcale nie przychodzi tak łatwo, jakby wiara miała oznaczać koniec, pęknięcie pięknej bańki… Ale ona nie pęknie, będzie przecież trwać. Ja w niej trwam. Sama, szczęśliwa, niezależna, zapracowana, uśmiechnięta…moje dziwne sny wcale się nie skończyły, z braku czasu na cokolwiek, śpię jednym okiem albo wcale. Stres dopiero powoli, jak ślimak wyprowadza się z mojego ciała… brakuję trochę czegoś. Ale nie będę narzekać. Będę się cieszyć i każdego dnia po trochu wierzyć bardziej, że marzenia mogą się spełnić. Te najbardziej wydawałoby się nie do spełnienia też. Wystarczy chcieć? Tak. Chcieć i bardzo mocno robić wszystko żeby się spełniło. :)